Relacja z podróży do Azji

Asia i Andrzej Wierzbiccy

Podróż, którą w tej relacji opisujemy była dla nas dość szczególna. Po pierwsze była poślubna. Po drugie był to nasz pierwszy wyjazd we dwoje w miejsca naprawdę odległe i egzotyczne. Po trzecie wreszcie, podróż ta była wielkim kompromisem między marzeniami, dostępnym czasem i naszymi planami na następne lata. Zdecydowaliśmy się zrealizować marzenie - dojechać lądem do Bangkoku za cenę dużych skoków i fragmentarycznego poznawania krajów przez które przejeżdżaliśmy. Zapraszamy do lektury naszej relacji. Mamy nadzieję, że przekona ona każego, że podróżowanie nie musi być niebezpieczne ani drogie, lecz jest przygodą, z której nie warto rezygnować.
Przygotowaliśmy też listę najważniejszych pytań, na które szukaliśmy odpowiedzi przed wyjazdem i które to odpowiedzi teraz znamy .


22 lipca 2004 roku, czwartek, Warszawa – Brześć
1 dzień podróży
 
Pobudka o barbarzyńskiej porze, po trzech godzinach snu jesteśmy półprzytomni. Do późna w nocy szyliśmy kieszenie i przyszywaliśmy je do wewnętrznych stron spodni, pakowaliśmy się. Przed samym wyjściem budzimy mamę, żegnamy się i w drogę. Jest piąta nad ranem, powoli robi się jasno, ale cała Warszawa we mgle i jest zimno. Cały czas myślimy o tym, że jeszcze można zawrócić więc chcemy jak najszybciej znaleźć się w pociągu, a najlepiej od razu na Białorusi. Na dworcu kupujemy bilety do Terespola  za 36 zł.i z Terespola do Brześcia oraz stos gazet. Pociąg przyjeżdża około 6, na szczęście jest prawie pusty więc wygodnie się rozkładamy, a ja natychmiast zasypiam. Ponieważ kupiliśmy bilety tylko do granicy, wysiadamy w Terespolu, ale już wkrótce siedzimy w Białoruskim pociągu. Tu jest trochę ciaśniej i nerwowo, ale odprawa graniczna mija w miarę spokojnie, a jeśli chodzi o nas zupełnie bezboleśnie i po kwadransie wysiadamy w Brześciu. Dworzec jest olbrzymi, mnóstwo pociągów i wielkie wiadukty. Jakaś Polka, która zaczepiła nas już w Terespolu, pokazała nam drogę do kościoła katolickiego, gdzie bez problemu trafiamy. Tu z kolei spotykamy bardzo sympatycznego człowieka, który prowadzi nas na stary cmentarz i obiecuje niedługo wrócić, bo właśnie odnawia cmentarną kapliczkę. Natomiast my próbujemy odnaleźć grób pradziadków Andrzeja, jednak wszystkie tabliczki są zardzewiałe, więc poszukiwania kończą się niepowodzeniem. Jest gorąco i jesteśmy już trochę zmęczeni, siadamy w cieniu, a ja nawet zasypiam. Wkrótce przyjeżdża nasz znajomy i długo z nim rozmawiamy. Opowiada nam historię cmentarza, opowiada o „diable Leninie” i bardzo się martwi, że sami jedziemy w taką daleką podróż. Najbardziej jest jednak przejęty naszą wizytą w Moskwie, przestrzega przed złymi ludźmi, a ponieważ nie wie, jak może nam pomóc, życzy szczęścia i samych dobrych ludzi na drodze. Wierzymy, że tak będzie i pędzimy na dworzec. Tu oglądamy przechowalnię bagażu, w której w czasie wojny jako młoda dziewczyna pracowała ciocia Andrzeja. Pewnego dnia ktoś zostawił torbę z bombą. Ciocia cudem przeżyła. Wreszcie o osiemnastej z minutami przyjeżdża nasz pociąg, na który kupiliśmy bilety jeszcze w czerwcu w Kaliningradzie - 670 rubli od osoby (1$ = 28 rubli). Pociąg jest „firmienny”, a my jedziemy klasą „plackartną”. Trochę wyglądamy przez okno, ale szybko zapadamy w głęboki sen.

23 lipca 2004 roku, piątek, Rosja, Moskwa
2 dzień podróży

W Moskwie jesteśmy o jedenastej nad ranem. Wszystko jest tu wielkie i głośne. Kupujemy mapę i idziemy szukać noclegu. Na początek decydujemy się na wizytę w polskim kościele przy ulicy Małagruzińskaja. I od razu sukces, siostra zachrystianka dzwoni do księdza i rekomenduje nas jako sympatyczne młode małżeństwo. Za dziesięć minut dostajemy klucze do biblioteki parafialnej w podziemiach kościoła, gdzie zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać Moskwę. Najpierw pojechaliśmy na Plac Czerwony, który otoczony Kremlem, budynkiem Muzeum Historycznego, Bramą Zmartwychwstania, Soborem Wasyla Błogosławionego i ogromnym GUM – em rzeczywiście robi wrażenie. Niestety wszędzie dużo ludzi i obowiązkowo licznie przybywający państwo młodzi z orszakiem i butelką szampana. Następny jest Kreml, który zwiedzamy chwilę przed zamknięciem, bo kolejka po bilety posuwała się w ślimaczym tempie. Oglądamy z zainteresowaniem, ale bez zachwytu w czym z resztą pomaga cena biletu, 300 rubli od zagranicznego łebka. Potem idziemy na obiad oraz na spacer wielkim Arbatem, ale ponieważ grzmi i zaczyna lać, chowamy się na stacji metra. Nic jednak nie wróży pogodnej nocy więc poddajemy się i w deszczu wracamy do naszego kościoła. W samą porę, bo właśnie zamykają bramy i spuszczają groźnego psa.

24 lipca 2004 roku, sobota, Rosja, Moskwa
3 dzień podróży
 
Wstaliśmy o 8 rano, szybko zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i poszliśmy na mszę, a przy okazji oddaliśmy klucze do biblioteki, złożyliśmy ofiarę 10 dolarów i pojechaliśmy zwiedzać Sobór Chrystusa Zbawiciela. Kolejka po bilety okazała się tak długa, że z braku czasu poprzestaliśmy na zewnętrznych oględzinach i ruszamy prosto na Dworzec Jarosławski. Jeszcze raz próbujemy kupić bilety na trasę Irkuck – Pekin, ale potwierdzają się nasze przypuszczenia, że będzie to możliwe tylko w Irkucku. Spotykamy tu parę Holendrów, którym pomagamy wymienić bilety. Potem robimy zakupy na drogę i dla osłody po raz ostatni kupujemy pirożki i słojki i idziemy na peron, z którego odjeżdżają pociągi transsyberyjskie. Jest godzina 14.40, nasz pociąg już czeka, powoli zbiera się tłum podróżnych. Wszyscy się żegnają, ściskają, a niektórzy ocierają łzy. Wreszcie wsiadamy do ostatniego wagonu numer 18 i zajmujemy miejsca 29 i 30, ja na dole, Andrzej na górze. Tym razem pociąg jest z rodzaju „pasażyrskij”, a klasa, którą jedziemy „plackartna”. Początkowo prawie cały czas wyglądamy przez okno. Roślinność jest jeszcze bardzo swojska, mnóstwo kwitnących kolorowych kwiatów, wiązówka błotna i inne białe kwiaty z rodziny baldaszkowatych. Okno na szczęście otwieralne więc wbrew obawom nie umrzemy z zaduszenia. O 22.00 czasu moskiewskiego idziemy spać. Do Irkucka 5152 km.

25 lipca 2004 roku, niedziela, Rosja
4 dzień podróży
 
O świcie obudziło mnie przeraźliwe miauczenie. Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje, ale szybko okazało się, że nasi sąsiedzi, którzy właśnie zbierali się do wyjścia wiozą pasażera na gapę. Kiedy rotacja podróżnych dobiegła końca znów zasnęliśmy i wstaliśmy dopiero o 11.00 Zaraz po śniadaniu podjęłam próbę umycia się, co w warunkach trzęsącego się pociągu i kranu, z którego woda leci tylko wtedy, gdy jedną ręką naciska się włącznik, wcale nie było proste. O 15.18 Jesteśmy w Permie czyli w ostatnim mieście przed Uralem i 1397 kilometrów od Moskwy. Pogoda trochę się psuje, a widoki raczej monotonne, ale jeszcze się nimi nie znudziliśmy. W zasadzie nie robimy nic innego tylko leżymy, śpimy, jemy, czytamy i gapimy się w okno. Żyć nie umierać. Prowadnica stara się umilać pasażerom czas i włącza rosyjskie disco, ale raz z głośników poleciały „Kolorowe jarmarki” w wykonaniu Maryli Rodowicz. O godzinie 21.40 Jekaterynburg czyli pierwszy przystanek w Azji i 1778 kilometrów od Moskwy. Szkoda tylko, że wysiedli tu ci dwaj dziwni koledzy, którzy zwykli siadać razem przy stoliku i nic do siebie nie mówić godzinami. My natomiast powoli zawieramy znajomość z chłopcem, który obok nas ma miejscówkę i podróżuje z babcią. Na imię ma Dima.

26 lipca 2004 roku, poniedziałek, Rosja
5 dzień podróży
 
Obudziłam się bardzo wcześnie, kiedy jeszcze wszyscy spali, a na dworze było szaro. Widoki, które powoli wyłaniały się z mgły były tak wspaniałe, że z zachwytem przylepiłam buzię do szyby, a po chwili dołączył Dima. Wsłuchując się w miarowy stukot kół długo wpatrywaliśmy się w niekończące się bagna, aż w końcu usnęłam. Na dobre obudziłam się dopiero około 9.00 czasu moskiewskiego, a lokalnego nie mam pojęcia. Nic nam się nie chce i równo leżymy do góry brzuchami. To już 49 godzin w pociągu. O 12.30 minęliśmy Omsk, a od Moskwy dzielą nas 2676 kilometry. Na ile pozwala nam nasza znajomość rosyjskiego, na tyle pogłębia się nasza znajomość z Dimą. Prowadnica dwa razy dziennie zamiata miotłą z gałęzi wagon i myje podłogę dziwnym specyfikiem, który głównie składa się z chloru. Szkoda tylko, że w toalecie robi się coraz większe bagienko, ale wiemy, że mogłoby być gorzej. W pociągu odbywa się regularny handel od futrzanych czapek po telewizory.
O 17. 00 czasu moskiewskiego jesteśmy w Barabińsku. Tym razem to ja wypuszczam się na peron do babuszek na zakupy, a Andrzej zostaje w pociągu i pilnuje rzeczy. Dima od razu bierze mnie pod swoje skrzydła i za 10 rubli kupuję wędzoną rybę, a za 15 kubek malin. Jaka to ryba wersje są sprzeczne, w każdym bądź razie smakuje dobrze. Naszą zdobyczą dzielimy się z Dimą, ale potem jego babcia szaleje i wciska nam pieniądze, a kiedy ich nie przyjmujemy, kupuje dla nas herbatniki. W drodze po kipiatok poznaję Alenę i jej chłopaka Wołodię. Idziemy więc do nich z wizytą w drugi koniec wagonu. Okazało się, że są z Moskwy i też jadą nad Bajkał, natomiast później wybierają się na Sachalin i Wyspy Kurylskie. Powoli zbliżamy się do Nowosybirska, gdzie niestety opuszczą nas Dima i jego babcia. Babcia jest lekko zdenerwowana i opowiada, że są z Workuty, gdzie teraz jest dzień polarny i dlatego boi się nocy, a będzie musiała całą noc czekać na kolejny pociąg. W spadku po babci dostajemy duży kawał podejrzanej kiełbasy, wymieniamy się z Dimą adresami i żegnamy się. Po chwili do pociągu wsiada pięciu rosyjskich żołnierzy i ich kamandir. Trochę robi się nieswojo i chociaż żołnierze okazują się kulturalni, wyjątkowo idę spać na górne łóżko.

27 lipca 2004 roku, wtorek, Rosja
6 dzień podróży

Noc minęła spokojnie. Przy śniadaniu zawarliśmy znajomość z kamandirem Andriejem, który z tej okazji uszczęśliwił nas ohydnym piwem. Na szczęście sporą część udało się wylać do zlewu. Oprócz tego dostaliśmy bezalkoholowy „podarek” czyli coś w rodzaju malutkich epigazów czy raczej epiświeczek. Powoli zmienia się krajobraz, pojawiają się niewielkie pagórki i żółto-różowe łąki. Z ponad dwudziestominutowym spóźnieniem przyjeżdżamy do Krasnojarska, to już 70 godzin w pociągu i 4065 kilometrów od Moskwy. Jutro będziemy w Irkucku.

28 lipca 2004 roku, środa, Rosja, Irkuck
7 dzień podróży

Na miejscu jesteśmy o 11.20. Dworzec bardzo fajny, ale wszędzie pełno ludzi, remont i w dodatku potwornie głośno. Kupujemy bilety do Pekinu, za naszą dwójkę płacimy 6240 rubli czyli około 200 $. Idziemy wielkim mostem nad Angarą, który strasznie się trzęsie, kiedy wjeżdżają na niego tramwaje, ale udaje się przejść suchą nogą. Po drugiej stronie mostu zaczyna się inny świat, mnóstwo starych, drewnianych domów, niestety większość z nich głęboko zapadnięta w ziemię. Ponieważ czekała nas registracja, szukamy posterunku milicji. Niestety okazuje się, że w przeciwieństwie do Moskwy tu milicji jest jak na lekarstwo. W końcu znajdujemy samochód milicyjny, a w środku dwóch kompletnie pijanych mundurowych. Nie poddajemy się i od tego, który jest w stanie coś wybełkotać, próbujemy wyciągnąć, gdzie można się zameldować. Ten z wielkim trudem wymienia nazwę ulicy, a drżąca ręką  pokazuje kierunek, jak się później okazało, zupełnie przeciwny. Mimo wszystko odnaleźliśmy upragniony posterunek przy ulicy Furie oraz pokój numer 15, gdzie załatwia się registrację. Jak było do przewidzenia urzędniczka jest niechętna, aby pomóc nam załatwić meldunek na własną rękę i odsyła nas do biura turystycznego. Jednak my na to nie idziemy, bo po pierwsze kosztowałoby to około 100 zł od osoby, a po drugie trwałoby dłużej, no i musielibyśmy zostawić paszporty, na co nie mieliśmy najmniejszej ochoty. Ponieważ brak dowodu registracji przy wyjeździe z Rosji kończy się wysoką karą pieniężną, obstajemy przy swoim i wyciągamy od pani potrzebne druki. Niestety wszystko jest napisane cyrylicą, a pani nas przestrzega, że jeśli się pomylimy przy wypełnianiu to fora ze dwora. Potrzeba chwili sprawia, że odświeżamy umysły i przypominamy sobie rosyjski alfabet. Jest całkiem nieźle i wkrótce wszystko gotowe. Oddajemy druki, ale trzeba jeszcze zapłacić. Są to grosze, bo 10 rubli od osoby, ale i tak musimy iść do banku i zapłacić przelewem. Bierzemy plecaki i biegiem na ulicę Litwinowa, gdzie podobno jest bank. Bank jednak „nie rabotajet” więc lecimy na pobliską pocztę. Tu dzikie tłumy, a czasu niewiele, bo registracja czynna tylko do 17. 00. Andrzej ustawia się w kolejce, a ja pilnuję bagaży. Czuję się źle, głowa mi pęka i oparta o plecaki prawie zasypiam. Z ogólnego otępienia wyrywa mnie głośne „Co się stało?” To dwójka Polaków, którzy właśnie mieli praktyki w polskim konsulacie w Irkucku, rozpoznawszy mnie po przewodniku zagadała, czy mogą nam w czymś pomóc. Na szczęście nie było takiej potrzeby więc chwilę porozmawialiśmy, a tymczasem Andrzej zapłacił za registrację. Do zamknięcia urzędu pozostał tylko kwadrans więc z wywieszonymi językami pędzimy z ulicy Karola Marksa na ulicę Furie i rzeczywiście niczym rzymskie Furie o 17. 02 wpadamy do pokoju numer 15. Co prawda interes już się zwija, ale urzędniczka jest pełna uznania i szybko wydaje kwity, a my z triumfem na twarzach idziemy na dworzec autobusowy. Teraz z lekkim sercem możemy jechać do Listwianki nad Bajkał. Na dworcu jakiś pan usiłował naciągnąć nas na taksówkę, ale udało się złapać marszrutkę za 60 rubli od łebka. Na miejscu, z marnym skutkiem szukamy taniego noclegu, w końcu zgadzamy się na 300 rubli od osoby w drewnianym domku bez tak zwanych wygód. Jest strasznie zimno, a ja mam 39˚ C. Byle do jutra.

29 lipca 2004 roku, czwartek, Rosja, Listwianka
8 dzień podróży
Od rana pada, ja ledwo żywa i cały czas trzęsę się z zimna. Dzień mija nam na rozmowach, spaniu, jedzeniu i ... oglądaniu Bajkału przez okno.

30 lipca 2004 roku, piątek, Rosja, Listwianka – Irkuck
9 dzień podróży

Rano spakowaliśmy się i poszliśmy nad Bajkał. Pogoda ładna, świeci słońce, a ja czuję się lepiej. Dookoła góry i lasy, trochę groźnie i tajemniczo, szkoda, że nie zostaniemy tu dłużej. Plaża nad jeziorem kamienista i pełno potłuczonego szkła. Woda oczywiście lodowata, ale widzieliśmy paru śmiałków, którzy na kilka minut wskakiwali do jeziora. Wszędzie stare, zardzewiałe statki, chyba nie chciałabym popłynąć żadnym z nich. Poszliśmy więc tylko na krótki spacer wzdłuż brzegu, a potem w górę do lasu, gdzie rozłożyliśmy się w bardzo widokowym miejscu. W ramach drugiego śniadania kupiliśmy dwa wędzone omuły czyli bajkalski rarytas. Ryba okazała się rewelacyjna, po prostu niebo w gębie. O 16.00 wsiedliśmy w marszrutkę i po godzinie znów byliśmy w Irkucku. Od razu poszliśmy na rynek czy raczej wielką halę, gdzie kupiliśmy jedzenie na drogę. Niestety znów się rozpadało, przemokły nam buty, a ja źle się poczułam. Zrezygnowaliśmy więc z wizyty w kościele i pojechaliśmy prosto na dworzec. Tam chcieliśmy wymienić dolary na ruble, ale nie było kantoru więc postanowiliśmy skorzystać z bankomatu. Wtedy okazało się, że moja karta pękła na dwie równe części, no trudno, bywa i tak. Wypłaciliśmy pieniądze z konta Andrzeja i poszliśmy do „komnata oddycha”. Jest to rodzaj płatnej poczekalni z oddzielną sypialnią dla mężczyzn, kobiet i dla matek z dziećmi oraz łazienką, kuchnią i czymś w rodzaju living room, można też zamówić budzenie. Wszystko to kosztuje 18 rubli za godzinę plus jeszcze 35 jeśli ktoś marzy o kąpieli.

31 lipca 2004 roku, sobota, Rosja – Mongolia
10 dzień podróży

Pobudka o 4.00 nad ranem, śniadanie i do zwykłej już poczekalni w oczekiwaniu na pociąg do Pekinu. Na dworze jest po prostu lodowato, a pociąg spóźnia się ponad pół godziny. Wreszcie wsiadamy. Tym razem jest to pociąg chiński więc wygląda trochę lepiej niż rosyjski, którym przyjechaliśmy z Moskwy. Niestety nie oznacza to, że jest fajniejszy, tym bardziej, że jedziemy klasą typu „kupiejny” czyli w przedziale czteroosobowym, a nie jak poprzednio cały wagon „na kupie”. Razem z nami jedzie para Anglików, oni na dole, a my na górze. Szybko zaczynam czuć się jak święty Szymon Słupnik. Z każda godziną zmieniają się widoki, ale przez pierwszych pięć godzin jechaliśmy wzdłuż Bajkału, potem zaczął się step i straszny upał.

1 sierpnia 2004 roku, niedziela, Mongolia – Chiny
11 dzień podróży

Do Mongolii wjechaliśmy o 1.00 w nocy. W sumie na granicy spędziliśmy sześć godzin, ale piękny był widok, kiedy jeszcze w Nauszkach konduktorzy zaczęli pucować pociąg. W Ułan Bator byliśmy o 8.00 rano. Tu wysiedli nasi Anglicy, a wsiedli dwaj Chińczycy. Ja niestety znów czuję się gorzej, ale za to widoki wiele rekompensują. Pustynia Gobi super fajna. Dużo jurt, stada koni i wielbłądów. O 19.00 byliśmy na granicy. Mongolska odprawa trwała dwie godziny, potem zaczęła się chińska. Ja mam ponad 38˚ C, a Chińczycy, którzy ciągle boją się SARSa, wszystkim mierzą temperaturę. Odpowiednio wcześniej połykam paracetamol, temperatura spada do 37˚ C i termometr na podczerwień nic nie wykrywa. Dostajemy też do wypełnienia jakieś kartki w dwujęzycznej wersji tj. po mongolsku i po chińsku. No cóż, mimo szczerych chęci nigdy ich nie wypełnimy więc oddajemy puste. W Chinach jesteśmy tuż po północy.

2 sierpnia 2004 roku, poniedziałek, Chiny, Pekin
12 dzień podróży

Około południa z bólem serca zwlekliśmy się z łóżek, ale nie można było pozwolić, aby przepadły talony na obiad, które wczoraj wieczorem obcokrajowcom rozdawali konduktorzy. Spacer do wagonu restauracyjnego trwał w nieskończoność, ale przy okazji mogliśmy zobaczyć, jak wyglądają wagony pierwszej klasy. Przedziały dwuosobowe z fotelem i telewizorem, straszna nuda. Obiad nie był zbyt wykwintny, ale zawsze to chińskie jedzenie, a Andrzej miał pierwszą lekcję jedzenia pałeczkami. Kiedy wróciliśmy do swojego wagonu, zastaliśmy konduktora przy wielkich porządkach, w końcu dojeżdżamy do stolicy, głośniki huczące chińską muzyką i naszych sąsiadów w  zdecydowanie lepszych humorach. Krajobraz też jest typowo chiński, mnóstwo pól ryżowych i kukurydzianych, a nawet Wielki Mur, który możemy przez chwilę podziwiać. W Pekinie byliśmy około 15.00. Dworzec gigantycznych rozmiarów, wszędzie pełno zarówno Chińczyków, jak i turystów. Od razu dopadają nas naciągacze taksówek i drogich hoteli, z wielkim trudem, ale jakoś się ich pozbywamy. Za 10 yuanów (1$ = 8 yuanów) kupujemy mapę Pekinu, ale płacimy w dolarach (2$) i dostajemy resztę 5 yuanów. Dołączamy do fali Chińczyków i schodzimy do metra. Tu okazuje się, że bilet kosztuje 3 yuanów, a więc zabrakło nam jednego głupiego yuana. Wracamy i szukamy bankomatu, podobno jest po drugiej stronie ulicy, ale właśnie milicja zamknęła jedyne przejście. Nie ma jednak takiej przeszkody, której nie dałoby się pokonać i już wkrótce z yuanami w garści pędzimy do metra oraz hostelu polecanego przez przewodnik Lonely Planet oraz Holendrów, których spotkaliśmy w Moskwie.  Jednak Far East Hostel okazał się znikomą częścią dużego hotelu, a więc nie jest to najlepsze miejsce, tym bardziej, że wszystkich naciągają na hotel. Nam też powiedziano, że w hostelu nie ma już miejsca, ale po promocyjnej cenie mogą dać dwuosobowy pokój z łazienką, a pnieważ było dość późno, daliśmy za wygraną. Po szybkim prysznicu idę na spacer, a Andrzej zostaje kurować żołądek po chińskiej kuchni. Daleko się nie zapuszczam, ale robię rekonesans, który wypada pomyślnie i za 2 yuanów kupuję  coś w rodzaju pampucha nadziewanego marchewką oraz podpłomyk. Wszystko zjadamy ze smakiem i popijamy zieloną herbatą.

3 sierpnia 2004 roku, wtorek, Chiny, Pekin
13 dzień podróży

Wstaliśmy dość wcześnie, spakowaliśmy manatki i rozpoczynamy szturm na recepcję. Obsługa hotelu długo pozostaje niewzruszona, ale kiedy Andrzej już chyba po raz dziesiąty pyta o pokój w hostelu nagle znajdują się wolne miejsca. Teraz można iść zwiedzać miasto. Jest strasznie parno i gorąco chociaż słońce cały czas chowa się za chmurami i smogiem wiszącym nad miastem. Chińczycy ciągle plują na chodnik, a chcąc zwrócić uwagę turystów i zmusić ich do kupowania krzyczą, klaszczą w dłonie i wrzeszczą „hello”. Na nas działa to zupełnie odwrotnie, tym bardziej, że na potencjalnych klientów, którzy usiłują obejrzeć oferowany towar wszyscy naraz rzucają się niczym harpie, podtykając pod nos przeróżne błyskotki. Naprawdę ciężko jest wyrwać się z rąk tutejszych ekspedientek, zresztą ich jest zawsze jakoś więcej... Mimo latawców i ogromnego portretu Mao plac Tienanmen bez większych wrażeń, ale raczej przygnębiająco. Dalej poszliśmy zwiedzać Zakazane Miasto, wstęp 60 yuanów. Niekończąca się liczba pałaców jest naprawdę imponująca. Można by tu spędzić cały dzień. Potem idziemy do polecanego przez ciocię Jingshan Park, skąd jest wspaniały widok na Pekin, a przede wszystkim na Zakazane Miasto. Dopiero tutaj dociera do nas ogrom cesarskiej siedziby. Po krótkim odpoczynku i pogawędce z milicjantem, który w kilkudziesięciu językach umie powiedzieć „Dzień dobry, do widzenia, dziękuję”, oczywiście także po polsku, idziemy na dworzec kupić bilety do Xi’ an i do Kunmingu. Sukces jest niestety połowiczny, bo biletów do Kunmingu nie ma, ale do Xi’ an mamy siedzące miejscówki czyli tzw. hard seat (150 yuanów od osoby). Wracając do hotelu wstępujemy do knajpy na obiad. W środku jest gorąco i brudno, ale sympatycznie. Nie wiemy, co zamówić więc zaglądamy miejscowym do talerzy. Wszystko wygląda bardzo apetycznie, ale ostatecznie decydujemy się na ryż z wołowiną i piekielnie ostrym zielonym warzywkiem łudząco podobnym do fasolki. Na psinę na szczęście nas nie stać.

4 sierpnia 2004 roku, środa, Chiny, Pekin
14 dzień podróży

Dziś pojechaliśmy do Huanghua, gdzie jest wejście na małoturystyczny fragment Wielkiego Muru. Najpierw jednak trzeba było dostać się do Huairou, gdzie po około godzinie szczęśliwie dowiózł nas autobus numer 916. Stąd zamierzaliśmy zabrać się miejscowym autobusem prosto do Huanghua. Jednak taksówkarze z całej okolicy zgodnie powtarzając „no bus, no bus” proponowali przejazd ich samochodami. Trzeba byłoby być szaleńcem, żeby dać wiarę takiemu gadaniu, ale ponieważ spotkaliśmy parę Francuzów i udało się wytargować 40 ¥ za nas czworo więc pojechaliśmy taksówką. Po 40 minutach jesteśmy na miejscu, ale dochodzi do scysji z kierowcą, który twierdzi, że mamy z nim wracać i że taka była umowa, a przecież Francuzi zostają w Huanghua na noc, a my chcemy udowodnić światu, że „nobusy” istnieją. Kierowca jest mocno zdenerwowany i nie chce oddać Francuzowi bagaży, jak dobrze, że przezorny Andrzej nie włożył do bagażnika naszego plecaka. Atmosfera robi się coraz mniej przyjemna.W końcu interwencja Andrzeja oraz obstawa miejscowych przynosi zwycięstwo i wściekły Chińczyk odjeżdża. Możemy iść na Mur. Szybko okazuje się, że przejście przez rzekę jest chwilowo dostępne tylko górą wodospadu. Nie budzi to w nas żadnego entuzjazmu i szukamy innej drogi. Inna droga prowadzi przez gospodarstwo w związku z czym jego właściciele poczuwają się do ściągnięcia kilku yuanów. Spacer szybko zamienia się w prawdziwą górską wycieczkę, jest bardzo stromo, sypią się kamienie, a poza tym Mur jest zarośnięty krzakami. Po zejściu na dół próbujemy dowiedzieć się czegoś o autobusach. Pani ze sklepu przekonuje „no bus, no bus” więc tylko wzruszamy ramionami i niezrażeni idziemy pytać dalej, bo bardziej ufamy LP. Tym razem zaczepiamy staruszkę, która wygląda bardzo poczciwie, szybko wyciągamy chińskie rozmówki, babcia ze zrozumieniem kiwa głową i z zadowoleniem pisze na kartce jak i kiedy jeżdżą autobusy, naturalnie po chińsku. Nagle podbiega jakiś chłopak, który zna angielski i potwierdza, że co pół godziny jeżdżą autobusy i rzeczywiście chwilę później nadjeżdża „nobus”.

5 sierpnia 2004 roku, czwartek, Chiny, Pekin
15 dzień podróży

Z samego rana poszliśmy do Tiantan Park, obejrzeliśmy świątynię Nieba, a potem prosto na dworzec. Prześwietlanie bagażu, ostatnie zakupy i ustawiamy się w długiej kolejce do wejścia na peron. Pociąg typu T do Xi’ an odjeżdża o 18.27, jest całkiem wygodnie i nawet udaje się nam zdrzemnąć.

6 sierpnia 2004 roku, piątek, Chiny, Xi’ an
16 dzień podróży

Rano jesteśmy na miejscu. Schronisko Xi’ an Shuyuan Youth  przy Południowej Bramie murów obronnych miasta okazało się miłe i przyjemne, spotykamy tu nawet trójkę Polaków. Najpierw idziemy kupić bilety do Kunmingu. W Chinach takie rzeczy najlepiej załatwiać miesiąc przed podróżą więc liczymy się z problemami. Na początek chińskie biuro turystyczne, biletów naturalnie nie ma, może będą o 14.00, jedziemy więc na dworzec. Tam niesamowite tłumy, oczywiście remont, brak kasy międzynarodowej i biletów też. W dodatku nikt nie mówi inaczej niż po chińsku, trudno więc zdobyć jakąkolwiek informację. Podejrzewamy, że „no ticket” tak naprawdę oznacza „dajcie mi spokój i tak nie wiem, o co chodzi”. Wracamy do biura, ale biletów nie ma i nie będzie. Jednak pani pisze nam na kartce po chińsku „poproszę 2 bilety do Kunmingu w klasie hard sleep albo hard seat” więc może jutro się uda. Tymczasem postanawiamy zrobić coś z moim uchem, które niedomaga od Bajkału. Mamy szczęście, bo zaraz obok naszego schroniska jest wielka przychodnia i laryngolog. Nie licząc pana z uciętym uchem, ku naszemu zdziwieniu nie jest to van Gogh, kolejki nie ma. Okazuje się, że mam zapalenie ucha dlatego pobierają mi krew (jednorazową strzykawką), a wyniki są po dziesięciu minutach. Ostatecznie lekarz zapisuje trzydniową antybiotykową kurację w kroplówkach. Nie bardzo nam się to uśmiecha i chwilowo wykręcamy się od chińskiej gorliwości, lekarz jest mocno niepocieszony, ale w zamian wypisuje stos recept. Za wizytę i badania płacimy 10 yuanów (ok. 5 zł), wracamy do hostelu i kontaktujemy się z lekarzem w Polsce, który poleca zostać przy antybiotyku przywiezionym z Polski (po dwóch dniach wszystko mija).

7 sierpnia 2004 roku, sobota, Chiny, Xi’ an
17 dzień podróży
 
Dziś wybraliśmy się obejrzeć Armię Terakotową.  Bilety są drogie, bo 90 ¥ od osoby, no i oczywiście dużo ludzi. W autobusie poznajemy sympatyczne małżeństwo Holendrów i młodego Chińczyka. Armia robi duże wrażenie, ale jeżeli ktoś ma zamiar specjalnie dla niej odwiedzać Chiny czy też zmieniać plany podróży to odradzamy. Po powrocie do Xi’ an idziemy na długi spacer główną ulicą. Przy okazji oglądamy rynek z ruszającą się żywnością, gdzie między innymi można było kupić kraby, raki, żółwie, wszelkiego rodzaju ślimaki, larwy owadów i tłuste ropuchy. Wrażenie oszałamiające, zwłaszcza, że rynsztokiem płynie krew, a od much aż gęsto. Wieczorem poszliśmy na mury obronne, które są tak szerokie, że można jeździć po nich na rowerze.

8 sierpnia 2004 roku, niedziela, Chiny, Xi’ an
18 dzień podróży

Po śniadaniu spakowaliśmy się, oddaliśmy plecaki do przechowania i poszliśmy na przystanek. Jednak autobus numer 609, który jeździ do Pagody Dużej Gęsi nie zatrzymywał się tam więc zaczepiliśmy młodego Chińczyka, który wsadził nas w 12 i sam z nami pojechał, bo nie umiał wytłumaczyć, gdzie należy wysiąść. Był bardzo zdziwiony, że podróżujemy bez rodziców. Wstęp do świątyni kosztował 25 ¥, trochę pospacerowaliśmy po pobliskim parku, odetchnęliśmy w cieniu i wróciliśmy do centrum. Ciągle jesteśmy pod wrażeniem wczorajszej wizyty w „zoo” dlatego na obiad jemy ryż z warzywami. Potem szybkie dopakowanie plecaków i na dworzec. Pociąg do Kunmingu, tym razem typu K, czyli powiedzmy pośpieszny (219 yuanów od osoby), odjeżdżał o 22.10. W poczekalni zawarliśmy znajomość z chińskim studentem, który miał miejscówkę w tym samym co i my wagonie numer pięć. W pociągu jest dość ciasno, w dodatku jeden z Chińczyków zdjął koszulkę, wytarł się nią, a potem wyżymał pod naszymi nogami i w powstałej w ten sposób kałuży potu zgasił papierosa. Do tego obrazka dołączają  ropuchy z ryneczka i czuję, że szybko muszę znaleźć toaletę. Wkrótce przychodzi do nas milicjant i długo po chińsku nawija. Na szczęście nasz znajomy wytłumaczył, że milicjant martwi się, że mogą nas tu okraść i że obcokrajowcy muszą trzymać się razem. Na potwierdzenie tych słów milicjant ściąga z drugiego wagonu jakiegoś Austriaka.

9 sierpnia 2004 roku, poniedziałek, Chiny
19 dzień podróży

Rano z pomocą chińskiego kolegi udało się zamienić hard seat na hard sleep (153 yuany od osoby). Teraz odsypiamy zarwaną noc i odpoczywamy. W pociągu są prusaki, ale nie robi to na nas wrażenia. Widoki coraz fajniejsze, wysokie góry i tunele, tarasy z polami ryżowymi, a gdzieniegdzie pojawiają się bananowce, które przypominają, że zbliżamy się do zwrotnika.

10 sierpnia 2004 roku, wtorek, Chiny, Kunming
20 dzień podróży
 
W Kunmingu byliśmy o 11.15. Od razu poszliśmy do polecanego przez LP hostelu Camelia, rzeczywiście bardzo sympatyczne miejsce. Zresztą Kunming od razu wpada nam w oko. Czuć w nim egzotykę, a na straganach pojawiają się tropikalne owoce, w większości zupełnie nam nieznane. Z ciekawostek przyrodniczych rozpoznajemy tylko liczi i kupujemy pieczonego batata.  Mimo że Kunming to olbrzymie miasto, ma jednak charakter prowincji. Ludzie nie są aż tak hałaśliwi i natrętni, jest czysto i spokojnie, a co najważniejsze, nie ma strasznego upału, bo miasto położone jest na sporej wysokości. Po południu idziemy do zoo, ale po drodze skręcamy do zachwalanego przez Chińczyków baru i fundujemy sobie tutejszą specjalność „kluski przez most”. Skąd taka nazwa trudno powiedzieć, ale potrawa całkiem smaczna. Jest to wrzący rosół do którego wrzuca się surowe jajko i różnego rodzaju mięso oraz warzywa. W drodze powrotnej oglądamy niesamowitej gamy kolorów i nawoływań targ rybno–warzywny, a wieczorem spotykamy poznaną w Pekinie Angielkę.

11 sierpnia 2004 roku, środa, Chiny, Kunming
21 dzień podróży
 
Przed południem pojechaliśmy nad Jezioro Dian. Jest ono od brzegu zarośnięte bardzo dziwnymi pływającymi roślinami, a wszechobecne glony nadają wodzie intensywny zielony kolor. Że też nie mamy mikroskopu. Trochę pospacerowaliśmy wzdłuż jeziora, ale poza obrębem parku potwornie śmierdzi, jest brudno, wszędzie wyrastają nowe i ohydne budynki, a na dokładkę nad jeziorem wisi kolejka linowa. Wieczorem zabieramy plecaki i idziemy na dworzec autobusowy. Trochę trwa zanim znajdujemy ten właściwy, poczym okazuje się, że w hotelu sprzedano nam bilety na autobus, który nie istnieje. Na szczęście udaje się zabrać do innego. Oczywiście autobus jest po brzegi wypchany towarem na handel w Wietnamie, a łóżka są za krótkie (autobusy sypialne to chiński wynalazek). Nocne podróżowanie chińskim rzęchem przez góry działa lepiej niż mocna kawa, ale w końcu około 1.00 w nocy zasypiamy.

12 sierpnia 2004 roku, czwartek, He Kou - Ha Noi
22 dzień podróży

W He Kou byliśmy o 7.00 rano. Szybko okazało się, że autobusów w stronę Wietnamu nie ma, a granicę trzeba przejść na piechotę. Gdy wybiła godzina ósma i otwarto granicę natychmiast całe masy Wietnamczyków rzuciły się na most na granicznej rzece. Wszyscy mieli na głowach bambusowe stożkowe kapelusze, a na ramionach kije z przywiązanymi na dwóch końcach koszami pełnymi dóbr. Najczęściej był to ryż zawinięty w liście bananowca, ale także woda mineralna czy dywany. Odprawa była sprawna, chociaż celnicy długo i z żywym zainteresowaniem oglądali nasze wizy i paszporty. Potem wystarczyło przejść przez most i witaj Wietnamie. Na moście byliśmy świadkami uroczystego spotkania delegacji z Chin i Wietnamu, które miało miejsce w połowie drogi, a delegacja z Wietnamu wręczyła Chińczykom kwiaty. Odprawa po stronie wietnamskiej poszła całkiem sprawnie, a przy okazji poznaliśmy dwóch Japończyków Takashi i Masę. Masa już od 14 miesięcy był w podróży po Europie i Azji. Szybko wymieniliśmy dolary na dongi i w czwórkę zabraliśmy się tuk–tukiem do najbliższej stacji kolejowej czyli jakieś 1,5 km od granicy. Pociąg odjeżdża o 10.20 więc zbyt dużo czasu nie mamy, jeszcze tylko bilety (56 tys.dongów od osoby; 1$ = 15000 dongów), obiad i ruszamy do Ha Noi. Pociąg, którym jedziemy przypomina kolejkę wąskotorową i wlecze się niemiłosiernie. Do przejechania mamy około 200 km, co zajmie nam 8 godzin. Jest koszmarnie gorąco, ale działają wentylatory i można otworzyć okno. Niestety konduktor każe nam opuścić kratę, bo wietnamskie dzieci mają zwyczaj obrzucać pociąg kamieniami. Bagatelizujemy sprawę, bo chcemy się napatrzeć na ciągnącą się w oddali dżunglę i naprawdę czerwoną Czerwoną Rzekę, wzdłuż której jedziemy, na pola ryżowe i na ludzi, którzy je nawadniają, na szare rogate krowy po szyję siedzące w bajorkach i na nagrobki, które ku naszemu zdziwieniu stawiane są na polach ryżowych  Zawieramy też niemą znajomość ze starszym Wietnamczykiem, który po angielsku  nie zna ani słowa, ale pokazuje nam palcem różne rzeczy. Potem zaczepia nas dziewczyna, która wręcza nam kilka kolb pieczonej kukurydzy. Vinh ma 20 lat i studiuje turystykę, jest bardzo sympatyczna, przestrzega nas przed malarią i każe uważać na komary. Kiedy dojeżdżaliśmy do Ha Noi Vinh dała nam w prezencie tasiemki na ręce, kilka nowych kolb kukurydzy i owoce lotosu. My odwdzięczyliśmy się polskimi monetami i obietnicą kartki z Polski. Na miejscu byliśmy już po zmroku, ale na szczęście Masa był tu kilka miesięcy temu i wie, gdzie należy szukać noclegu. Wie też, jak zmusić taksówkarza do włączenia taksometru, dzięki czemu płacimy uczciwą i niską cenę. Jest 21.00, a mimo to potwornie gorąco i parno. Kiedy wysiedliśmy z klimatyzowanej taksówki, natychmiast zaparowały mi okulary. Żegnamy się z miłymi Japończykami i idziemy do hotelu, który wygląd ma raczej podły, ale pokój jest sympatyczny. Zostawiamy rzeczy i szybko idziemy na kolację, bo kiszki  grają nam marsza od dawna. W barku spotykamy Takashi i Masę więc się do nich przysiadamy. Chłopaki wcinają żaby i dają nam na spróbowanie, ale jakoś nie mamy apetytu.
Wymieniamy się adresami, a ja swoimi wrażeniami z pobytu w Japonii. Ulice szybko pustoszeją, zapadają wietnamskie ciemności i wracamy do hotelu.

13 sierpnia 2004 roku, piątek, Wietnam, Ha Noi
23 dzień podróży

Od samego rana ulewa, ale to przecież pora deszczowa. Wszystko pakujemy w torby foliowe i idziemy szukać autobusu do Hoi An. Udaje się kupić bilety za 8 $ od łebka i idziemy na śniadanie, a potem na rundkę po okolicznych sklepikach. Znów spotykamy Takashi i Masę oraz Wietnamkę, która łamaną polszczyzną pyta, czy może jestem z Ostrołęki. Okazuje się, że kiedyś tam mieszkała i mimo że my jesteśmy z Warszawy, znacznie spuszcza cenę makatki, którą chcę kupić. Potem idziemy do Ngason – hoank i na dłuższy spacer, zapuszczamy się w małe uliczki, obserwujemy zwyczajne życie. Co ciekawe, podobnie jak w Chinach ulice specjalizują się w konkretnych artykułach, na jednej sprzedają tylko łóżka, na drugiej tylko gwoździe, natomiast na każdym rogu można kupić kanarki. Z godzinnym opóźnieniem wyjeżdżamy do Hoi An.

14 sierpnia 2004 roku, sobota, Wietnam, Hoi An
24 dzień podróży

Chociaż nie wpadliśmy na genialny pomysł, że w autobusie można rozwiesić hamak i miło spędzić noc, jesteśmy w miarę wyspani i wypoczęci. Jednak rano w Hue okazuje się, że nasz bilet jest tylko do Hue i musimy dopłacić 30 tys. dongów czyli po 2 $ od osoby. Jesteśmy źli, ale wiemy, że mimo naszej czujności, zawsze możemy zostać oszukani, tak tu niestety często bywa, a i tak jest chyba lepiej niż w Chinach. W Hoi An  postanowiliśmy pożegnać naszą firmę przewozową i poszukać innej, która w miarę bezboleśnie zawiezie nas do Sajgonu. W końcu znaleźliśmy dość wiarygodnych pośredników, kupiliśmy bilety po 13 $ i wybraliśmy się na spacer. Miasteczko jest miłe, ale zdecydowanie przereklamowane. Tuż przed odjazdem znów wszystko zaczęło się przeciągać i przez jakiś czas nasze losy były niepewne, ale ostatecznie tuż przed zmierzchem wyjechaliśmy.

15 sierpnia 2004 roku, niedziela, Wietnam, Sajgon
25 dzień podróży

Jak na warunki minibusa noc minęła całkiem dobrze. Za oknami palmy i Ocean Spokojny. O 18.00 byliśmy na przedmieściach Sajgonu, ale do centrum dojechaliśmy dopiero po godzinie. Wysiedliśmy przy ulicy Pham Ngu Lao w turystycznym centrum miasta Ho Chi Minha. Hotele same prosiły o nocleg, my zdecydowaliśmy się na Peace Hotel, gdzie za sympatyczny dwuosobowy pokój z łazienką, klimatyzacją i telewizorem płacimy 10 $ za noc. Schodzimy na kolację i tym razem wybieramy spaghetti, bo już nie możemy patrzeć na azjatyckie specjały. Potem krótka przechadzka po okolicy i wreszcie można iść spać w horyzontalnej pozycji.

16 sierpnia 2004 roku, poniedziałek, Wietnam, Sajgon
26 dzień podróży

Od samego rana wielkie lenistwo, ale byliśmy już zmęczeni i nie mamy wyrzutów sumienia. Przy okazji nadrobiliśmy olimpiadowe zaległości, bo chińska telewizja wspominała tylko o swoich licznych zwycięstwach, natomiast pozostała część świata jakby zupełnie przestała istnieć. Może o czymś nie wiemy? W końcu zmobilizowaliśmy się i poszliśmy do ambasady Kambodży, wypełniliśmy wnioski o wizy, zapłaciliśmy po 25 $ i jutro o 9.00 już będą. Odwiedziliśmy też Muzeum Pozostałości Wojny. Trzeba przyznać mistrzostwo propagandy, choć nas i tak nic nie przekona, że wojna była okropniejsza od komunizmu. Czemu tylko autorami większości zdjęć byli korespondenci Newsweeka i Time'a?  Natomiast przechodzenie przez ulicę wśród chaotycznie jeżdżących motorków, których kierunkowskazy sprzężone są z klaksonami i gdzie działa tylko jedna zasada: omiń przeszkodę, jest małym koszmarkiem. Prawdziwy Sajgon!

17 sierpnia 2004 roku, wtorek, Wietnam, Sajgon
27 dzień podróży

Dziś rano znów zamarudziliśmy i w ostatniej chwili wpadliśmy do ambasady po wizy. Możemy więc kupić bilety do Phnom Penh (4 $ od osoby). Poza tym odpoczywamy i snujemy się po uliczkach. Wieczorem poszliśmy do kościoła, ale z całej mszy zrozumieliśmy tylko amen i alleluja. Język wietnamski jest tak melodyjny, że nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy był psalm. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o pocztę, wysłaliśmy kartki do rodziny i przyjrzeliśmy się prywatnemu życiu gekonów, których jest tu zatrzęsienie. Chodzą po ścianach i sufitach po prostu wszędzie, także w restauracjach. Jak się rozpadało po południu, tak ciągle pada.

18 sierpnia 2004 roku, środa, Kambodża, Phnom Penh
28 dzień podróży
 
Wstaliśmy bardzo wcześnie, bo autobus był o 8.30 rano. Już od samego rana korek więc wyjeżdżamy z Sajgonu w żółwim tempie. Na granicy wietnamskiej sprawnie i bez problemów, z daleka widać Kambodżę, najpierw trzeba jednak przejść kilkadziesiąt metrów w błocie po kostki. Kambodżańscy celnicy siedzą w drewnianych budach niemal w szczerym polu, ale atmosfera jest sympatyczna i załatwianie formalności mija w radosnych nastrojach. Zaraz za granicą wsiadamy w kambodżański autobus i jedziemy dalej. Krajobraz i widoki zmieniły się niemal natychmiast. Mnóstwo palm, wody, ziemi leżącej ugorem, domy na palach i jakoś tak biednie. Promem przepływamy przez jedną z odnóg Mekongu i o 18.00 jesteśmy w Phnom Penh. Chociaż to stolica, miasto sprawia wrażenie bardzo prowincjonalnego, w dodatku tylko główne ulice są asfaltowe. Wieczorem znów leje.

19 sierpnia 2004 roku, czwartek, Kambodża, Siem Reap
29 dzień podróży

Pobudka o 5.30, co za koszmar. Za oknem szaro i oczywiście leje, a my bez wytknięcia nosa z hotelu opuszczamy Pnom Penh i jedziemy do Siem Reap. Narodowa autostrada numer 1 szybko zamienia się w gruntową, intensywnie czerwoną drogę. Mijamy kolejne wsie, przydrożne sklepiki z pieczonymi bananami i niezwykłe stacje benzynowe, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak stoiska z sokami. Wszystko dlatego, że benzynę sprzedaje się w butelkach po wodzie mineralnej i coli. Na miejscu jesteśmy o 13.30 Zabieramy się z panami na motorki i jedziemy do hotelu Garden Village. Potem obiad, spacer po okolicy, małe zakupy i internet.

20 sierpnia 2004 roku, piątek, Kambodża, Siem Reap
30 dzień podróży
    
Dziś zwiedzamy Angkor. Wynajmujemy motorki i o 8.30 ruszamy. Wstęp kosztuje 20 $, ale wiemy, że warto. Najpierw jedziemy do Angkor Thom i The Bayon, a potem do Ta Keo i Ta Prohm. Później idziemy na obiad, na który długo czekamy, co może nie jest dziwne skoro między stolikami przechadzają się kury. Jak tylko zjedliśmy strasznie się rozpadało, a ponieważ z tropikalnymi deszczami nigdy nic nie wiadomo, zdecydowaliśmy się jechać dalej. Jeśli jazda na motorze w ulewnym deszczu nie należy do przyjemności, to zwiedzanie jednej z najsłynniejszych świątyń świata w takich warunkach jest po prostu wymarzone. Wszędzie pusto, cicho i spokojnie, a deszcz jest tak ciepły, że po upalnym dniu z przyjemnością wchodzimy w kałuże. Z czasem przestaje padać i pojawia się słońce oraz pół Tokio. Z Angkor Wat jedziemy do Phnom Bakhend, skąd roztacza się wspaniały widok na okolicę. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy odwiedzić Angkor, to odpowiedź bez wątpienia brzmi - tak!

21 sierpnia 2004 roku, sobota, Tajlandia, Bangkok
31 dzień podróży

Znowu o świcie pobudka. Jedziemy na dworzec autobusowy, wsiadamy do mocno rozklekotanego autobusu i ruszamy. Wszystkie plecaki i bagaże poukładane są w przejściu od samego początku do końca więc wychodzenie z  autobusu na postojach odbywa się metodą małpiego skakania. Na granicy wszystko przebiega sprawnie i jesteśmy w Tajlandii. Pakujemy się do starej ciężarówki i jedziemy do miejsca, skąd ma nas zabrać autobus do Bangkoku. Stolica wita nas ulewnym deszczem i mimo że to dopiero 20.00, jest już bardzo ciemno. Prawie nic nie widać i szybko się gubimy. Bierzemy więc tuk – tuka i jakoś docieramy do guesthousu „My home” poleconego przez Austriaka z chińskiego pociągu.

22 sierpnia 2004 roku, niedziela, Tajlandia, Bangkok
32 dzień podróży
Od samego rana szukaliśmy biletów lotniczych do Polski. Bardzo szybko okazało się jednak, że nie ma żadnej szansy na kupno tanich biletów i że będziemy mieć szczęście, jeśli znajdzie się coś za 500 $. Koniec końców wpisaliśmy się na listę oczekujących na trzy różne samoloty, wpłaciliśmy zaliczkę 10 tysięcy batów (1$ = 40 batów) i zdaliśmy się na los. Potem poszliśmy na przystań, żeby zorientować się, jak pływają statki. Dziś niedziela, więc chcielibyśmy pójść do kościoła, a ponieważ jest dość daleko, najłatwiej byłoby dostać się tam jakimś środkiem transportu. Na tuk-tuka nas nie stać, trasy autobusów są tak skomplikowane, że nie mamy żadnych szans ich rozszyfrować, pozostaje więc rzeka. Statek przypływa bardzo szybko i za 10 batów płyniemy. Wysiadamy na przystanku Oriental i bardzo szybko znajdujemy katolicki kościół. Msza jest dopiero za dwie godziny więc idziemy na spacer po okolicy. Z mszy znowu rozumiemy tylko amen i alleluja. Wieczorem idziemy na Khao San Road, zaliczamy obowiązkowy o tej porze deszcz i wracamy do hotelu.

23 sierpnia 2004 roku, poniedziałek, Tajlandia, wyspa Koh Samet
33 dzień podróży

Pobudka o 6.30, śniadanie i busik. Po kilku godzinach jazdy i przygodzie z silnikiem, ledwo ciągnąc dojeżdżamy do Ban Phe. Idziemy do przystani i wsiadamy do rozwalającego się stateczku. Kołysze dość mocno, ale szybko dopływamy do niewielkiej wysepki Koh Samet. Na miejscu za 200 batów od osoby kupujemy bilety wstępu, bo cała wyspa to park narodowy. W małej i sympatycznej zatoczce wynajmujemy stojący na plaży bungalow (400 batów za noc), chwilę odpoczywamy i idziemy na wycieczkę do miasteczka.

24 sierpnia 2004 roku, wtorek, Tajlandia, wyspa Koh Samet
34 dzień podróży

W nocy słyszeliśmy szum morza, coś fantastycznego. Po śniadaniu idziemy się kąpać. Piasek jest biały, woda niemal gorąca, a Morze Śródziemne nawet się nie umywa. Pierwszy raz pływamy w oceanie i chyba pierwszy raz samo pływanie sprawia nam taką radość. Strasznie narzekając, że coś trzeba robić, idziemy na obiad trzy metry od naszego leżaka. Wieczorem internet, 2 baty za minutę i spać!

25 sierpnia 2004 roku, środa, Tajlandia, wyspa Koh Samet
35 dzień podróży

Rano poszliśmy na spacer, ale tropikalna wyspa zupełnie się do tego nie nadaje. Potwornie gorąco i nigdzie odrobiny cienia. Przy okazji poszliśmy zobaczyć plażę, na której pierwotnie mieliśmy zamieszkać, ale zrobiła na nas nie najlepsze wrażenie. Wygląda na to, że nasza zatoczka, plaża i nasza Putsa Bungalow są najfajniejsze na całej wyspie. Przy okazji skręciliśmy do miasteczka na małe zakupy i plażą wróciliśmy do siebie. Po południu poszliśmy na plażę i na obiad, który powoli staje się naszym jedynym intelektualnym zajęciem, gdyż za każdym razem długo zastanawiamy się, co lepiej zamówić, makaron chiński czy makaron tajski. Z jednym tylko nie mamy problemów, a mianowicie z bananowym szejkiem, który ciągle pijemy. Kiedy młoda Tajka widzi nas przy stoliku, podchodzi i śmiejąc się od ucha do ucha pyta: „Two banana shakes?”

26 sierpnia 2004 roku, czwartek, Tajlandia, wyspa Koh Samet
36 dzień podróży

Dziś za 400 batów wynajęliśmy na całą dobę motorek. Andrzej oczywiście jest kierowcą, a ja pasażerką. Najpierw pojechaliśmy na południe wyspy, ale do samego końca nie udało się, bo drogi były wyboiste i strome. W drodze powrotnej zajeżdżaliśmy do wszystkich możliwych plaży i na jednej z nich zjedliśmy obiad. Potem wróciliśmy do siebie, chwilę odetchnęliśmy i pojechaliśmy do miasteczka. Natomiast wieczorem odkryliśmy olbrzymi zbiornik z wodą dookoła którego była dobrze ubita droga więc można było poszaleć.

27 sierpnia 2004 roku, piątek, Tajlandia, wyspa Koh Samet
37 dzień podróży
Wstaliśmy wcześnie, żeby jeszcze pojeździć, bo doba, na którą wynajęliśmy motorek, mijała o 10.15. Pojechaliśmy więc do miasteczka zrobić zakupy, a potem do przystani. Jak tylko oddaliśmy motor, poszliśmy na plażę. Dziś fale były dosyć duże i pływało się ciężko. Dzień jak zwykle minął na plażowaniu, jedzeniu i internetowaniu. Korzeniowski ma złoto w chodzie na 50 metrów, a my chyba jednak wrócimy do domu. Dostaliśmy maila, że jest wolne miejsce na 1 września w tureckich liniach czyli wszystko zgodnie z planem. Pora wracać do Bangkoku.

28 sierpnia 2004 roku, sobota, Tajlandia, Bangkok
38 dzień podróży
Pobudka o 6.30. Wstawało się ciężko, ale co poradzić. Wzięliśmy plecaki i pomaszerowaliśmy wzdłuż morza. Tu czekała nas niespodzianka, bo w nocy był odpływ i morze odsłaniło mnóstwo skał. W porcie kupiliśmy picie i bilety na statek za 50 batów od osoby. Statek oczywiście był rozklekotany, nie miał ani jednego koła ratunkowego i na dodatek nabierał wody. O 10.00 ruszyliśmy do Bangkoku, a ponieważ pan jechał dość szybko po czterech godzinach byliśmy na miejscu. Po południu idziemy po bilety, wszystko się zgadza i płacimy resztę.

29 sierpnia 2004 roku, niedziela, Tajlandia, Bangkok
39 dzień podróży

Z samego rana poszliśmy do przystani i popłynęliśmy do kościoła. Stamtąd od razu do stacji Sky Train, którym pojechaliśmy na weekendowy bazar gigantycznych rozmiarów. Jeśli chodzi o zwierzątka domowe to można tu kupić chomika, czy raczej tysiące chomików, króliki, szczury, myszy, świnki morskie, koty, psy, kurczęta, kaczuszki, żmije, świerszcze, wiewiórki, gołębie, kameleony, iguany i inne jaszczurki, raki, żółwie, wszelkiej maści żaby i żabiątka, papugi z pisklętami, kanarki i inne ptaszki, a także olbrzymie glonojady i całe mnóstwo innych ryb oraz wszystko to, o czym zapomniałam.

30 sierpnia 2004 roku, poniedziałek, Tajlandia, Bangkok
40 dzień podróży

Pobudka o 5.45, śniadanie i biegiem do firmy, u której wykupiliśmy wycieczkę do Ayuthaya, pierwszej stolicy Tajlandii. Na miejscu niestety trochę smętnie, zwłaszcza, że ciągle mamy w pamięci Angkor Wat.

31 sierpnia 2004 roku, wtorek, Tajlandia, Bangkok
41 dzień podróży

Rano spakowaliśmy się, oddaliśmy plecaki do przechowalni i poszliśmy zwiedzać pałace królewskie. Wszystko bardzo kolorowe, wyłożone mozaiką, kapiące złotem i naprawdę robi wrażenie. Potem ostatnia kolacja w Bangkoku, ostatni spacer po okolicy i wsiadamy do busika, który ma nas zawieźć na lotnisko. Razem z nami jedzie bardzo sympatyczne szwajcarskie małżeństwo z trójką rozwrzeszczanych dzieci. Na lotnisku potwornie zimno czyli około 25˚ C, trochę snujemy się po sklepach, bo mamy jeszcze dużo czasu. W końcu ustawiamy się w kolejce do odprawy paszportowej. Wszystko jest niby w porządku, lecz pracownikom tureckich linii lotniczych nie podoba się nasz bilet w jedną stronę. Tłumaczymy więc, że przyjechaliśmy do Bangkoku pociągiem. Pan miło się do nas uśmiecha, ale nasze paszporty oddaje pani, która wygląda jak rezydent służb specjalnych. Pani pilnie ogląda nasze pieczątki wjazdowe i wyjazdowe, aż wreszcie oddaje nam paszporty i jesteśmy wolni. Jest po północy, a my wzbijamy się w powietrze.Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na Bangkok i po 10 godzinach jesteśmy w Turcji.

1 września 2004 roku, środa, Warszawa
42 dzień podróży

W Istambule czujemy się jak u siebie. Idziemy na frytki, znów snujemy się po lotnisku i wreszcie wsiadamy do samolotu. Z góry oglądamy deltę Dunaju, a potem już polskie okolice. Na lotnisku czekają na nas rodzice, dziwią się, że mamy takie małe tobołki. Szybko jedziemy na obiad, dziś jest zupa pomidorowa. Jak dobrze znów być w domu.

Asia i Andrzej Wierzbiccy