Rumunia – Bukowina i Marmarosze – relacja z wyjazdu
17 lipca 2001 Warszawa - Czerniowce
Wyruszyliśmy rano pociągiem z Warszawy do Przemyśla. Na miejscu
zjedliśmy obiad i podjęliśmy próbę zwiedzania miasta. Przypłaciliśmy
to jednak solidnym zmoknięciem. W dalszą drogę mieliśmy udać się pociągiem
relacji Przemyśl – Czerniowce. Po odczekaniu większości z przepisowych 45
minut (na tyle przed odjazdem pociągu trzeba się zgłosić do odprawy) w tłumie
ukraińskich handlarzy i sprawnej polskiej odprawie granicznej, zajęliśmy miejsce
w wagonie sypialnym (bilet po 80 zł od osoby). Pociąg był ukraiński i rządził
się już całkowicie ukraińskimi prawami. Zaraz za granicą rzuciła się na niego
cała zgraja ludzi w wielkich zielonych czapkach. Najpierw przyszła pani od
"strachu" – ukraińskiego ubezpieczenia zdrowotnego dla cudzoziemców, które
jest zwykłym haraczem. Pani roztoczyła wielką argumentację, że bez strachu
to strach, jednak nasze kontrargumenty (z koronnym „ja wracz”) poparte kremem
czekoladowym zwyciężyły. Potem zjawił się celnik z ważnym zadaniem powstrzymania
naporu pryszczycy, stonki ziemniaczanej, BSE, AIDS itd. Sam celnik - widać
człowiek bardzo roztropny - przed wejściem do pociągu zażył szczepionkę przeciw
imperialistycznym zagrożeniom. Cierpiał tylko na jej objawy uboczne – zaburzenia
równowagi. Na szczęście sos do pieczeni, 5 złotych i paczka cukierków uczyniły
nasze kiełbasy niegroźnymi dla państwa ukraińskiego.
18 lipca 2001 Czerniowce – Nowy Sołoniec
O 4.30 obudził nas gromki okrzyk "Czerniowcy" – byliśmy na miejscu. Na dworcu milicjanci wskazali nam miejscowego cinkciarza, u którego zaopatrzyliśmy się w w miejscową walutę, a następnie wynajętym busikiem, w strugach deszczu, pojechaliśmy na dworzec autobusowy na drugi koniec miasta. Szybkie śniadanie w poczekalni i wkrótce jechaliśmy autobusem do Suczawy. Współpasażerowie to w większości drobni handlarze. Odprawa graniczna trwała niewyobrażalnie długo. Ukraińcy bardzo dokładnie i powoli sprawdzali paszporty, a Rumuni równie skrupulatnie przetrząsnęli bagaże handlarzy. Nas nie sprawdzili, co wykorzystali współpasażerowie, wlepiając nam różne rzeczy. Zaopatrzeni w rumuńską pieczątkę w paszportach, która później okazała się bardzo potrzebna, mogliśmy już z pełnym spokojem oddać się brataniu z handlarzami i podziwianiu wspaniałych krajobrazów Wyżyny Mołdawskiej.
W Suczawie ci, którzy byli tam pierwszy raz, przeżyli ogromne zaskoczenie urodą i całkiem wysokim poziomem cywilizacji tego miasta. W czasie wyprawy do kantoru, w przypadkowo znalezionej informacji turystycznej i dzięki pomocy spotkanego tam Rumuna, który studiował w Polsce, dowiedzieliśmy się, o której mamy pociąg do Kaczyki. Busikiem pojechaliśmy na dworzec . W pociągu spotkaliśmy Polaków mieszkających od lat w Rumunii, którzy powiedzieli nam, kiedy mamy wysiąść. Z Kaczyki leniwy, choć dość długi spacer do Nowego Sołońca. Wieś z pozoru była normalna, tylko prawie wszyscy mówili po polsku – czuliśmy się trochę jak w bajce. Zamieszkaliśmy u Polaków. Niestety dla naszej gospodyni rodacy z macierzy to tylko dojne krowy, żadnych sentymentów. Codziennie wysłuchiwaliśmy, jak wszystko jest drogie i że za 1,5 dolara od osoby za noc nie opłaca się nas trzymać.
19 lipca 2001 Arbore i Solca
Chory Stefan zostaje u gospodarzy, a reszta grupy idzie na całodniową wycieczkę
do Arbore i Solca. Po drodze namierzamy pasiekę, gdzie kupujemy pyszny miód,
dostajemy kawałki plastra z miodem do żucia, a Gracjana
propozycję matrymonialną. Początkowo trudno było się dogadać, jednak po krótkiej
inscenizacji udaje się ustalić, jak jest miód po rumuńsku i lody pękają. W
Arbore podziwiamy malowany monastyr – zobaczymy takich
jeszcze dużo. Później stopem do miejscowości Solca i drugi monastyr. Okazał
się już mniej spektakularny, ale za to rosły tam pyszne wiśnie, które wszystkie
zjedliśmy. W drodze powrotnej znaleźliśmy w rowie małego szczeniaczka. Natychmiast
nastąpił podział na osoby głęboko wzruszone niedolą szczeniaka (dobrzy ludzie),
obojętne na jego los (obyś był zimny albo gorący) i wrogie szczeniakowi (podli
nikczemnicy). Grupa szczeniakoentuzjastów pokazała wszystkim, kto miał rację
i znalazła zwierzęciu nowy, chyba całkiem przyzwoity dom.
20 lipca 2001 Nowy Sołoniec, Suczewiţa
Część grupy udała się na wycieczkę do Suczewicy. Wyprawa okazała się nie
być tak duża jak się spodziewano, bo w drodze powrotnej udało się złapać świetnego
stopa. Reszta została w Nowym Sołońcu i oddawała się chorowaniu lub emeryckim
spacerkom. Zbudowaliśmy tamę na strumieniu i złapaliśmy sporo
kumaków górskich oraz traszek .
21 lipca 2001 Humor, Votoneţ
Przez górę poszliśmy do miejscowości Humor. Po drodze pijemy wodę z bardzo ładnej studni . Odwdzięczamy się czekoladą. W Humorze oglądamy monastyr. Miła zakonnica opowiada po francusku i prosi, żebyśmy coś zaśpiewali Matce Boskiej. Śpiewamy apel jasnogórski i cieszymy się, że zakonnica nie rozumie słów. Przed monastyrem kwitnie handel, w związku z czym obkupujemy się w haftowane koszule. Do Gura Humorului jedziemy stopem i dalej do Vorońca przypadkowo spotkanym busikiem. Oglądamy kolejny monastyr – tym razem zakonnica mówiła po angielsku. Wracamy tym samym busikiem, ale tylko do końca asfaltu. Strasznie z nas zdzierają. Dalej idziemy pieszo. W połowie drogi dopada nas burza. Przed dokumentnym zmoknięciem ratuje nas miejscowy Polak, który zaprasza nas do sali balowej w miejscowej szkole.
22 lipca 2001 Nowy Sołoniec – Sadova
Rano Msza Św. w cerkwi greko-katolickiej. Potem pakujemy się i pędzimy
pod polski kościół, skąd ma odjechać autokar z miejscowym zespołem folklorystycznym
na festiwal do Kimpulungu. Jak się później okazało, nie był to ostatni śpiewający
autobus, którym mieliśmy jechać. W Kimpulungu obiad, ingetaţa, sok z czerwonych
pomarańczy i brak jakichkolwiek środków lokomocji w kierunku Sadovej. Stopa
łapiemy dopiero po dłuższym czasie (bez pieniędzy
to można chodzić piechotą, dowiadujemy się od kierowcy) i już jesteśmy w Sadovej.
Nocleg znajdujemy u bardzo miłych ludzi. Ich córka Lumnica mówi dobrze po
angielsku, na półce mają „Quo vadis”, częstują nas pysznymi konfiturami i
ciastem.
23 lipca 2001 Moldoviţa
Rano idziemy do miejscowej cerkwi prawosławnej.
Poznajemy księdza i jego żonę, którzy wszystko nam
pokazują. Koło południa wyruszamy przez góry do Moldowicy. Po drodze wspaniałe
kwitnące łąki z pełnikami, mieczykami i wieloma innymi
atrakcjami botanicznymi. Z góry wspaniałe widoki
. Po drodze zbieramy poziomki, jagody, kurki i rydze. We wsi dwie osoby z
naszej grupy odłączają się, żeby wrócić do Polski. My idziemy dalej do celu
wyprawy – monastyru w Moldovicy. Monastyr jest bardzo
ładny, otoczony starym murem. Jest już po 21.00 więc rozpaczliwie łapiemy
stopa. W końcu jakaś kobieta zgadza się zawieźć nas do Sadovej (ok. 20 km.),
ale musimy zapłacić z góry, żeby szefowa mogła kupić benzynę. Zresztą i
tak, kiedy było z górki, to wyłączała silnik.
24 lipca 2001 Sadova
Wcześnie wstajemy, bo musimy opuścić lokum. Ponieważ Stefan jeszcze nie wydobrzał zostajemy w Sadovej na następną noc u innych gospodarzy. Idziemy na wycieczkę w góry, najpierw drogą do końca wsi, potem mijamy jeziorko i częściowo na przełaj, wychodzimy na grzbiet góry. Tam eksplozja widoków i jagód , z powodu których idziemy w żółwim tempie. Robi się późno, więc szybko schodzimy, robiąc tylko krótką przerwę, w czasie której dziewczęta plotą wianki. Do Sadovej wracamy stopem na trzy raty. Przy płaceniu jedna z grup otrzymuje obrazowy instruktaż, do czego nadaje się banknot 2000 lei. Wieczorem okazało się, że umówiona cena za nocleg urosła dwukrotnie. Dochodzi do wielkiej kłótni, jednak Stefan jest niepokonany. Jezus patrzący z ikony okazuje się argumentem nie do odparcia i nie zostajemy wyrzuceni.
25 lipca 2001 Sadova – Marmarosze
Wreszcie jedziemy w prawdziwe góry. Idziemy do głównej drogi i zamiast
stopa łapiemy autobus, którym jedziemy do Iacobeni, a stamtąd na bardzo
wysoko położoną przełęcz Prislop. Autobus przyjeżdża, niestety jest mocno
zatłoczony, ale mieścimy się. Po drodze dosiada się Marsjanin z psem w siatce.
Pies natychmiast wpadł w nasze ręce i przed zagłaskaniem
na śmierć uchroniła go tylko stanowcza interwencja właściciela. Z wielkim
mozołem autobus piął się w górę, aż nagle silnik przestał rzęzić i autobus
zatrzymał się. Kierowca coś powiedział i zaczął oddawać ludziom pieniądze,
a oni bardzo zdenerwowani zaczęli wysiadać. Gdy wszyscy już wysiedli, nie
mogliśmy dłużej udawać, że nie wiemy, o co chodzi i też zaczęliśmy ewakuację.
Uznaliśmy, że i to miejsce nadaje się do startu,
więc ochoczo ruszyliśmy w góry. Najpierw drogą, a potem niewyraźną ścieżką,
nie zważając na mżawkę, wgramoliliśmy się na niezbyt oddalony grzbiet. Tam
powitała nas sfora psów, dzielnie broniąca styny i owiec. Rozbiliśmy namioty
i podziwiając wyłaniające się co pewien czas z mgły Alpy Rodniańskie,
uwarzyliśmy na ognisku strawę.
26 lipca 2001 Marmarosze
Przez całą noc padało i rano też nie było lepiej. Spaliśmy bardzo długo
i dopiero przyparci do muru późną godziną ugotowaliśmy śniadanie na epigazach.
Cały dzień szliśmy świetną drogą, trawersując chyba
wszystkie możliwe szczyty.Ponieważ ciągle padało, drugie śniadanie zjedliśmy
w krzakach. Kilkaset metrów dalej natykamy się na duży dom o nieustalonej
funkcji. My wykorzystaliśmy go jako źródło wrzątku na herbatę. Dalej zeszliśmy
na niską przełęcz, weszliśmy na następną górę i rozbiliśmy namioty wśród
kosodrzewiny koło stanowiska strzeleckiego z jakiejś dawnej wojny. Na chwilę
pojawiła się nawet namiastka widoku. Niestety wody też było jak na lekarstwo
i właściwie tylko w postaci paskudnego bajorka. Udaliśmy się więc na poszukiwania
jakiegoś źródełka. Potem obiad, śpiewy, panika niedźwiedziowa i już spaliśmy.
27 lipca 2001 Kosówka
Niedźwiedź, jeśli był w nocy, to doskonale zatarł po sobie ślady. Na śniadanie
wypiliśmy wodę z bajorka (wszyscy żyją). Po załagodzeniu wszystkich kryzysów,
które były do załagodzenia tego ranka, wyruszyliśmy. Przez kosówkę mieliśmy
iść tylko kilkanaście minut. Te pierwsze kilkanaście
minut było nawet fajne. Drugie, trzecie, piąte, piętnaste i każde następne
było już straszne. Zwarte zarośla kosówki o bardzo
giętkich gałęziach, akurat takiej wysokości, żeby najtrudniej się szło, dwudziestokilowe
plecaki, mgła i mżawka – to było zabójcze połączenie. Najmniejsza ścieżynka
była szczytem naszych marzeń. W kulminacyjnym momencie Agusia rzuciła doskonały
pomysł: żeby przed nocą dotrzeć na przełęcz, trzeba ruszyć biegiem. Wywołało
to ogromny przypływ radości. Na szczęście, tak jak wszystko na tym świecie,
kosówka też się skończyła. Namioty rozbiliśmy na jakimś pastwisku, a na obiad,
w pobliskiej stynie kupiliśmy owcze produkty: bryndzę, urdu i śmietanę. Smak
rumuńskich serów, a raczej ich brak smaku, trudno z czymś porównać. Tego dnia
widzieliśmy po drodze norę niedźwiedzia. Wieczorem obiad
w towarzystwie owiec, kóz i pasterzy.
28 lipca 2001 Marmarosze
Rano żegnamy Gracjanę, Agusię i Pawła, którzy wracają do Kraju. Celem reszty
grupy jest Torojaga. Pada deszcz i nic szczególnego się nie dzieje. Konwersujemy
z kolejnymi pasterzami i kupujemy kolejne sery. U stóp Torojagi dopada nas
grupowe załamanie i w mniszym milczeniu rozbijamy namioty. Na chwilę pojawia
się nawet kawałek widoku . Jednak wspomnienie kosodrzewiny
jest ciągle żywe i jesteśmy strasznie rozmemłani. Nadal niewiele się odzywając
rozpalamy ognisko, robimy kolację, suszymy mokre buty i skarpetki. Nasze ubrania
powoli zaczynają pachnieć wędzonką.
29 lipca 2001 Torojaga
Rano wita nas mgła. Podczas zwijania namiotów słyszymy delikatną melodię
dzwonków. Trwa to dłuższą chwilę, aż wreszcie z mgły, jak duchy, wyłania się
kilka okazałych burych krów, które nie omieszkały skosztować naszych plecaków.
Potem jedna z nich dała imponujacy pokaz dłubania jezykiem w nosie. Jak tylko
wyruszyliśmy, zaczęło padać. Szliśmy grzbietem pokonując coraz kolejne wierzchołki,
aż w końcu okazało się, że nasza grań, niewiadomo kiedy, skręciła w prawo,
a my idziemy w złym kierunku. Należy zaznaczyć, że odnajdywanie właściwych
grani przy widoczności 15 metrów, jest bardzo trudne. Jednak Gosia i Jędrek
poradzili sobie z tym wyzwaniem i wkrótce byliśmy przy opisywanym przez
pasterzy nieczynnym maszcie radiowym. Miała tam być „Cabana Electrica” i
„Motorola”, ale jeśli coś tam było to z pewnością podzieliło los Geniusza
Karpat. Poziom zmoknięcia osiągnął maksimum.W butach
chlupotało i trzeba było wyżymać skarpetki. Podczas schodzenia w dół natrafiliśmy
na nieużywane sztolnie – prawdopodobnie po kopalni
miedzi. Przy okazji wydało się, że jest z nami Batman
. Ale to nie koniec przygód, bo spotkaliśmy bardzo miłego pasterza, który
zaprosił nas do swojej styny, pozwolił nam wysuszyć się przy ognisku, dał
mleko i ser. Nie chciał żadnej zapłaty, nawet czekolady. Powiedział, że mają
wszystko, czego potrzebują. Gdy odchodziliśmy, jeden z pasterzy zagrał nam
na pożegnanie na blaszanej trąbie. Byliśmy bardzo wzruszeni.Wieczorem dotarliśmy
do doliny Vaseru, gdzie jeździ kolejka wąskotorowa. Ponieważ była niedziela,
a najbliższa kolejka miała być w poniedziałek, przenocowaliśmy w „
hotelu leśnym ”.
30 lipca 2001 Kolejka wąskotorowa
Rano wreszcie świeci słońce. Odrabiamy zaległości w praniu i myciu.Okazuje
się,że kolejka jeździ raz dziennie koło południa po drewno, a potem wraca
do Viseu de Sus i że właściwie jadą dwie kolejki jedna za drugą. Pierwsza
jedzie 10 km w górę, a druga tylko niewielki kawałek
i potem wraca na dół. Zabraliśmy się tą drugą . Jechaliśmy odkrytym
wagonem pasażerskim, ale pociąg wiózł też kilka wagonów z drewnem. Jazda
kolejką była niemalże mistycznym przeżyciem. Dolina Vaseru jest bardzo długa
i wąska. W wielu miejscach między stromymi zboczami był tylko strumień, tory
i nic więcej. Na miejscu byliśmy ze sporym opóźnieniem. Jeszcze tylko przerażające
przejście po wiszącym moście i już można rzucić się na rozkosze cywilizacji
w pierwszym napotkanym sklepie. Stefan i Jędrek mieli w nim zabawną przygodę.
Otóż zapłacili oni za chleb banknotem 500000 lei. Obsługująca ich nieco filuterna
starsza pani w okularach, obejrzała dokładnie banknot i schowała za biustonosz
mówiąc przy tym z uśmiechem „la cyca”.
31 lipca 2001 Viseu de Sus
Dzień zaczęliśmy od zwiedzenia centrum miasta. Wrażenia bardzo miłe, bo
przy głównej ulicy jest kiosk z pysznymi bułeczkami. Gdy udało się nam zidentyfikować
przystanek autobusowy (ja bym takie miejsce nazwał barem) i ustalić, że
najbliższy pasujący nam autobus jest późnym popołudniem, zabraliśmy się za
łapanie stopa. Szło opornie, aż zatrzymał się busik i zawiózł nas do Moisei,
skąd drugim stopem dostaliśmy się do Ieud. Jest tam cudowna stara wioska
i cerkiew z 1364 roku otoczona pięknym cmentarzem.
Pani, która sprzedawała bilety do cerkwi, w wolnych
chwilach przędła i wszystko wskazywało na to, że była analfabetką. Odwiedziliśmy
też jednopokojowe muzeum regionalne, gdzie były różne wyroby ludowe. Bardzo
rozbawiły nas nazwy niektórych wyrobów, jak np. gaci pentru barbaci (koszula
męska), pantaloni i ścierkatore (nie wymaga tłumaczenia). Stamtąd po
drobnych perypetiach ze zgubionym kapeluszem, stopem w postaci starego
osinobusa do Bogdan Voda i zwiedzanie kolejnej zabytkowej
cerkwi . W następnej miejscowości następna cerkiew, tym razem greko-katolicka.
Ponieważ zaczęło robić się ciemno, przeprowadziliśmy paniczny powrót do
domu. Na szczęście w nocy Viseu de Sus okazało sie być jeszcze fajniejszym
miejscem, niż przypuszczaliśmy – toczy się pełne życie, sklepy, a przede
wszystkim kiosk z bułkami otwarty, żadnych podpitych mętów.
1 sierpnia 2001 Viseu de Sus – Pietrosz Budziejowski
Pobudka o 4 rano. Kolejka miała być o 6, była o 8.15 ale za to
ciągnął ją parowóz ! Wysiedliśmy w Burdu i poszliśmy doliną w stronę
Pietrosza Budziejowskiego. Podejście w upale było
zabójcze. Postanowiliśmy przenocować na przełęczy przy nieczynnej stynie,
ale zanim rozbiliśmy namioty, strasznie lunęło. W stynie więc ugotowaliśmy
obiad i wkrótce poszliśmy spać.Gdy już zaszyliśmy się w ciepłych śpiworach,
ze styny zaczął dochodzić straszny rumor. Spotkanie z niedźwiedziem nie było
szczytem naszych marzeń, toteż odetchnęliśmy z ulgą, gdy okazało się, żę to
był tylko pies z czynnej styny po drugiej stronie przełęczy.
2 sierpnia 2001 Pietrosz Budziejowski
Rano odwiedził nas pasterz, który o dziwo nie chciał papierosów, natomiast
udzielił nam cennej informacji, że niedźwiedzie są w okolicach Torojagi, a
tu tylko wilki. Na Pietrosza weszliśmy pasterską ścieżką. Podejście było dosyć
męczące, a po drodze został zawiązany tajny spisek. Z góry
wspaniały widok na wszystkie strony świata, w tym na
pasmo Czarnohory. Potem zeszliśmy na północną stronę
podziwiać zarośnięte jeziorko polodowcowe i dalej trawersującą ścieżką
w stronę Małej Budziejowskiej. Miejsce na nocleg znaleźliśmy
wspaniałe: płaskie, dużo suchego drewna, źródełko pod ręką i
piękny widok – to było to, czego potrzebowaliśmy do szczęścia. Wieczorem
spiskowcy dokonali brawurowego ataku odśpiewując „Gosia Gutkowska sialalalala”
w kubki, żeby nie można było rozpoznać głosów.
3 sierpnia 2001 Frontiera
Po dogłębnym wykorzystaniu darów natury wyruszyliśmy na Wielką Budziejowską, aby potem pójść granicą w stronę Stogu. Wtedy nastąpiło starcie poglądów co do legalności chodzenia wzdłuż granicy, jednak wygodna droga wobec alternatywy trawersowania i przedzierania się przez jary była niepokonana i poszliśmy granicą. Po mniej więcej 15 minutach kontrola nad poczynaniami naszej grupy przeszła w ręce państwa rumuńskiego. Strażnicy byli bardzo mili, ale absolutnie nieubłagani. Dokładnie sprawdzili nasze paszporty i kazali nam iść z nimi. Po drodze pokazali nam polski przedwojenny słupek graniczny – taki metalowy z ciężką podstawą. Gdy doszliśmy do ich punktu zbornego, poszliśmy jeszcze na krótki spacer wzdłuż granicy, ale w obliczu nieugiętej postawy naszych opiekunów, zamiast na Stog musieliśmy iść z nimi w dolinę. Właściwie przez cały czas nie wiedzieliśmy, czy idziemy z własnej woli, czy jesteśmy aresztowani – jeden opiekun szedł przodem, a drugi z kałaszem na końcu. Dopiero w stynie, gdzie po drodze wstąpiliśmy, sprawa trochę się wyjaśniła, ponieważ na pewien czas zostaliśmy pozostawieni sam na sam z ich karabinami. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jak wygląda kwestia legalności chodzenia wzdłuż granicy. Otóż zasadniczo wolno, ale służba graniczna ma prawo złapać każdego jeszcze 20 m od granicy, nawet po stronie drugiego państwa. Oznacza to, że idąc wzdłuż granicy, ryzykowaliśmy wizytę w ukraińskim areszcie. Należy jeszcze dodać, że jeśli ktoś wybiera się na wędrówkę granicą w Marmaroszach, to spotkanie Poliţia de Frontiera i zejście z nimi do doliny jest właściwie nie do uniknięcia. Szef tego odcinka granicy, młody podoficer ukraińskiego pochodzenia, okazał się być bardzo sympatyczny i wykształcony. Zaimponował nam znajomością łacińskich nazw gatunków roślin – dzięki temu udało nam się ustalić rumuńskie i ukraińskie brzmienie nazw podstawowych roślin. Pozostali byli mniej światowi i pewnie dlatego Dorota wzgardziła propozycją matrymonialną ze strony jednego z nich.
4 sierpnia 2001
Wstaliśmy późno, długo się zbieraliśmy, aż w końcu bardzo powoli zeszliśmy doliną w stronę Łuhu. Po drodze kupiliśmy w pasiece butlę miodu i wykąpaliśmy się w strumieniu . W Łuhu przenocowaliśmy u miłej Ukrainki. Był to nocleg u najbiedniejszych ludzi, jakich spotkaliśmy i oni jako jedyni nie chcieli od nas żadnych pieniędzy.
5 sierpnia 2001 Pojanile de Sub Munte
Tego dnia udaliśmy się na Mszę Św. do kościoła w Pojanile de Sub Munte.
Wstaliśmy wcześnie i ruszyliśmy piechotą, bezskutecznie nagabując przejeżdżające
samochody, aż wreszcie zatrzymał się śpiewający autobus. Okazało się, że to
chór cerkiewny jedzie z Łuhu na odpust do Repedea. Całą drogę bardzo ładnie
śpiewali pieśni religijne. Chcieliśmy z nimi pojechać na ten odpust, jednak
na nasze pytanie, czy są prawosławni, czy grekokatoliccy, nie byli w stanie
odpowiedzieć, wywiązał się nawet o to spór między nimi. Uznaliśmy w końcu,
że w kwestii jedności ze Stolicą Piotrową nie może być kompromisu i wysiedliśmy
w Pojanile. Msza Św., bardzo długa, odbywała się w sali w jakimś dziwnym budynku,
który podobno kiedyś był kostnicą. Piszącego te słowa tylko zdjęcie Papieża
upewniało, że wszystko jest w porządku.W ofierze, na budowę nowej cerkwii,
daliśmy 10 dolarów, co wywołało sporą sensację. Ksiądz zaprosił nas na plebanię,
która okazała się skromnym mieszkaniem w bloku. Potem zakupy i szybko w
stronę Łuhu, żeby zdążyć jeszcze wyjść w góry. Po drodze, ze strony przypadkowo
spotanego księdza prawosławnego, zalała nas fala słowiańskiego braterstwa,
uwieńczona strząśnięciem śliwek. Nie uszliśmy daleko, kiedy znowu usłyszeliśmy
znajomy śpiew.To śpiewający autobus wracał z Repedea do Łuhu. I tym razem
chętnie nas zabrał. Na miejscu miłemu chórowi zrobiliśmy
zdjęcia. Potem szybkie pożegnanie z gospodarzami
i w góry. Naszym celem był Michajlecul. Podejście było bardzo nieprzyjemne
i po paru godzinach rozbiliśmy się na polance w lesie. Jeszcze tylko mała
kłótnia o miejsce na namiot, ciekawa rozmowa o nadciśnieniu i idziemy spać.
6 sierpnia 2001 Michajlecul
Podejście na Michajlecul było bardzo nieprzyjemne. Szczyt ciągle się
od nas oddalał . W końcu udało się – było
warto. Z góry ujrzeliśmy wspaniałe widoki, z których najciekawszy był ten
na przełęcz między Michajleculem a Farcaulem. Otóż było tam spore jezioro
i cała sieć strumieni płynących parumetrowej głębokości wąwozami. Jeszcze
bardziej zdziwił nas widok rozbitych tam kilkunastu namiotów – spotkaliśmy
pierwszych w Marmaroszach turystów. Byli to Polacy i Czesi. My rozbiliśmy
się nieco dalej od jeziorka i innych namiotów. Wieczorem podziwialiśmy
Popa Iwana Marmaroskiego w chmurach i piękny zachód słońca.
7 sierpnia 2001 Farcaul, Repedea
Rano pakujemy się i idziemy na Farcaul. Z góry widoki fenomenalne. Podziwianie panoramy trwało ponad godzinę. Chyba czas już wracać, bo bardzo ucieszyło nas, że widzimy góry, które również widać z Polski. Po zejściu szybko rozdzieliliśmy między siebie rzeczy znów chorego Stefana i ruszyliśmy w dół. Schodziliśmy długo i z mozołem. Miejsce na nocleg znaleźliśmy na małej polance przy drodze w Repedea. Ani na chwilę nie spuszczały nas z oczu miejscowe dzieci.
8 sierpnia 2001 Repedea – Sygiet Marmaroski
Wczesna pobudka, mycie przed gromadą dzieci z tutejszej wsi i wreszcie łapiemy stopa. Najpierw do głównej drogi – większość z nas pojechała furgonetką z owcami. Potem drugi stop do Sygietu Marmaroskiego busikiem Mercedesem. Kierowcy zaproponowali nawet, że zawiozą nas do Niemiec, a trasą do Budapesztu też nie wzgardzili. Umówiliśmy się na telefon. Panowie nie mieli również żadnego problemu z ustaleniem przyczyny złego samopoczucia Gosi i mówili, że to „bambino”. W Sygiecie część z nas została z bagażami na chodniku, a część poszła szukać dobrych połączeń do Budapesztu oraz noclegu na najbliższe dwa dni. Z dojazdem było nie najgorzej, ale sprawa noclegu okazała się być bardzo trudna. Nawet ksiądz katolicki nie zdołał nam pomóc. Wszystko trwało bardzo długo i kiedy już zwątpiliśmy w szczęśliwe zakończenie, nagle dwie osoby na raz zaproponowały nam noclegi i o mało co, a doszłoby do bójki o nas. Nowa gospodyni była bardzo miła i co ważniejsze, jej 14-letni syn Liwiu mówi świetnie po angielsku i jest naszym przewodnikiem przez następnie dni. Od razu pojechaliśmy stopem do Sapanţa obejrzeć cmentarz z malowanymi nagrobkami. Na każdym nagrobku była scena z życia zmarłego i krótki opis jego życia. Na autorze tej relacji wrażenie zrobił nagrobek ofiary komunistycznych prześladowań. Potem odbyły się wielkie zakupy na straganach z rękodziełem. Na koniec Liwiu zaprowadził nas do swojej cioci, która za 15 dolarów sprzedała Asi swoją koszulę ślubną z 1961 roku, a Stefanowi koszulę ślubną swego ojca z roku 1947. Transakcję musieliśmy opić tradycyjnym napojem , który ku zadowoleniu Stefana nie był żętycą. Natomiast Asia wolałaby, żeby to była żętyca i swoją porcję bimbru wylała do rękawa. Wróciliśmy bardzo późno.
9 sierpnia 2001 Sygiet Marmaroski
Ten dzień był przeznaczony na zwiedzanie okolic Sygietu. Najpierw odbyła się wyprawa do skansenu, a potem do innych miejscowości. Późnym wieczorem wyjaśniła się sprawa transportu – panowie bystrzy się wykręcili, ale po różnych perypetiach udało się znaleźć inną firmę gotową zorganizować nam transport do Budapesztu. Wieczorem pożegnanie z gospodarzami przy arbuzie i winie.
10 sierpnia 2001 Sygiet – Budapeszt
Wcześnie rano pobudka, żeby zdążyć na umówione miejsce i godzinę. Busik
przyjechał punktualnie o 7.00. Po drodze widzieliśmy ślady powodzi w dolinie
Cisy. Granica zupełnie kulturalna, po drugiej stronie wszystko tak samo, tylko
przestajemy cokolwiek rozumieć. Nasz kierowca okazuje się być rumuńskim Węgrem.
Z wykształcenia jest luterańskim katechetą, ale jako kierowca zarabia kilkakrotnie
więcej niż nauczyciele. Na obiad zatrzymujemy sie w barze otoczonym pięcioma
budami z ogromnymi psiskami. W Budapeszcie jesteśmy ok. 15.00, płacimy umówione
15 dolarów od łebka i udajemy się do miejsca, gdzie mamy mieszkać. Nasi dobrodzieje
– krewni koleżanki Stefana, mieszkają w przeciętnej wielkości mieszkaniu
i mają trzy psy oraz kota, słowem brakowało tam tylko naszej ósemki. Robimy,
co w naszej mocy, żeby zachowywać się kulturalnie, ale po miesiącu w górach
jest to bardzo trudne. Szybko idziemy do miasta. Na dworcu Nyugati dowiadujemy
się o pociągi, a poza tym dochodzi do ogólnej kłótni. Na szczęście szybko
napełniamy żołądki pysznymi naleśnikami i powracają dobre humory. Już po
ciemku idziemy zwiedzać starówkę . Dookoła grzmi i
błyska, ale deszcz nie pada – cudownie.
11 sierpnia 2001 Budapeszt
Rano szybko wstajemy i grupkami udajemy się na zwiedzanie Budapesztu. Wszyscy
obierają podobną marszrutę: śniadanie, starówka
, pałac Habsburgów , Muzeum Narodowe
– spotykamy się parokrotnie. Wrażenia bardzo pozytywne. Po południu idziemy
na wspólny obiad do restauracji. Obsługa miła, jedzenie doskonałe (zwłaszcza
schabowy), cena całkiem przyzwoita. Stamtąd pędem po bagaże i na dworzec.
Kupujemy bilety do pierwszej stacji na Słowacji i w ostatniej chwili wsiadamy
do pociągu. Szybko zjawiła się węgierska konduktorka, która bardzo dużo mówiła,
a my zupełnie nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Chwilę potem pojawiła się kontrola
graniczna i już byliśmy na Słowacji. Musieliśmy kupić bilety na dalszą podróż.
Wypatrzyliśmy więc słowackiego konduktora, który właśnie szedł peronem z
panienką za rękę. Na pytanie, ile kosztuje bilet, otrzymujemy odpowiedź „a
ile macie? ”. Dogadujemy się z nim i otrzymujemy instrukcję, co robić na
wypadek pojawienia się kontroli. Potem kupujemy bilet do końca Czech. W Petrowicach
pojawia się polska lokomotywa, polska kontrola graniczna i polski konduktor
sprzedający - co za ulga - bilety ulgowe. Łączone bilety wychodzą nas sporo
taniej niż jeden międzynarodowy. W pociągu zawieramy znajomość z dwoma Węgrami
jadącymi na podbój Polski. Od Stefana otrzymują instrukcję, gdzie warto,
a gdzie nie warto jechać. Do międzynarodowego bratania przyłącza się także
troje młodych Rumunów, jeden z nich studiuje w USA. Noc mija szybko, podobnie
jak szybko minął nasz miesięczny pobyt w górach Rumunii.